Ponieważ ostatnia sesja odbyła się bez większych historii pozwolę sobie w swoim felietonie zwrócić uwagę na co innego. Otóż ostatnie miesiące dostarczyły ciekawy materiał do badania tematu: jak gdyńska władza broni się przed inicjatywami z zewnątrz.

Pierwszą z inicjatyw była rozpoczęta przez mnie dyskusja nad dyskryminacją okręgu nr 2 (Chylonia, Cisowa, Pustki Cisowskie i Demptowo) w polityce miasta. Przypominam w największym skrócie – opublikowałem raport szczegółowo badający różne kategorie działań inwestycyjnych, remontowych i planistycznych miasta, z których wynikało że jest coś na rzeczy.

Odbyła się publiczna debata z udziałem radnych miasta, radnych dzielnic i mieszkańców. Następnie w konsultacjach społecznych określiliśmy najważniejsze zdaniem mieszkańców inwestycje w dzielnicach, oraz zawarliśmy pakt radnych miasta zobowiązujących się do działania na ich rzecz. Od początku we wszystkich tych działaniach uczestniczył mój współfelietonista, radny PO, Łukasz Cichowski. Swoje zaproszenie kierowałem również do radnych Samorządności wywodzących się z okręgu.

Jasno zaoferowałem uczestnictwo w debacie bez warunków wstępnych (aczkolwiek lojalnie ostrzegając, że prezentowane przeze mnie dane i tezy mogą być nie w smak opcji rządzącej). Z zaproszenia skorzystał jeden radny Samorządności (nota bene mój współfelietonista z poprzedniej kadencji) Zygmunt Zmuda-Trzebiatowski, aczkolwiek skromnie zasiadając na widowni i biorąc udział w debacie na prawach mieszkańca. Następnie zaproponowałem wszystkim radnym udział w pakcie, oferując wpływ zarówno ja jego konstrukcję techniczną jak i listę priorytetowych inwestycji (aczkolwiek lokalnie ostrzegając, że nie zgodzę się na pakt który byłby pozbawiony zobowiązań do realnych działań np. zgłaszania poprawek czy określonego głosowania nad budżetem). Tu odpowiedzią radnych Samorządności była uprzejma odmowa. A jak to wyglądało w debacie publicznej?

– Swój pakt dla dzielnic, jako wybrani z okręgu radni zawarliśmy w listopadzie 2010 r. z kilkoma tysiącami mieszkańców, którzy oddelegowali nas do czteroletniej pracy, a swoje priorytety określiliśmy już na początku kadencji. Duża część zadań, o które obecnie radni opozycyjni pytają mieszkańców, została przez nas przyjęta do realizacji. Nie chcemy uczestniczyć w działaniach promujących opozycyjnych radnych. (za trojmiasto.pl)

Dokonajmy rozbioru na czynniki pierwsze:

– Swój pakt dla dzielnic, jako wybrani z okręgu radni zawarliśmy w listopadzie 2010 r. z kilkoma tysiącami mieszkańców, którzy oddelegowali nas do czteroletniej pracy, a swoje priorytety określiliśmy już na początku kadencji. MH – podobnie jak wszyscy inni radni i w ogóle wszyscy piastujący funkcje z wyboru. Idąc tym tropem rozumowania każdy, kto został wybrany na jakiś urząd i w kampanii wyborczej prezentował jakiś program, jest zwolniony z obowiązku – ba, wręcz nie powinien – prezentować w trakcie kadencji jakich nowych propozycji, planów działania czy innych opracowań o charakterze analitycznym czy programowym. Wszak już się określił w kampanii wyborczej i nic więcej zaproponować nie

może i nie powinien. Inna sprawa, że wieloletnia realizacja „paktów wyborczych” Samorządności z mieszkańcami okręgu nr 2 doprowadziła właśnie do jego marginalizacji w polityce miasta. Może jednak warto by się zastanowić nad jakąś nową koncepcją działania?

– Duża część zadań, o które obecnie radni opozycyjni pytają mieszkańców, została przez nas przyjęta do realizacji.MH – przyjęta do realizacji to jeszcze nie znaczy realizowana i pakt jest mechanizmem pilnującym by właśnie sprawy „przyjęte do realizacji” rzeczywiście posuwały się co roku w kierunku zakończenia owej realizacji. Natomiast dlaczego z konsultacji z mieszkańcami miałyby być wyłączone sprawy, które są na jakimś tam etapie „obróbki tematu” przez urząd – nie rozumiem. Co więcej, domniemam, że niemal każdy postulat zgłaszany przez mieszkańców jest wstępnie badany i „przyjmowany do realizacji” (większość w bliżej nie sprecyzowanej przyszłości). Dlaczego więc nie konsultować z mieszkańcami propozycji inwestycji, które zostały „dotknięte” przez urząd? Żeby zostały same księżycowe pomysły, które łatwiej by było skrytykować?

– Nie chcemy uczestniczyć w działaniach promujących opozycyjnych radnych MH – i tu tkwi clou problemu. Nie wspomnę, że przecież przystępując do paktu radni Samorządności „promowaliby” też siebie. Mało tego „promowaliby się” małym kosztem bo gro prac związanych ze spotkaniem, konsultacjami itp. i tak już wzięliśmy na siebie z kolegą radnym Cichowskim. Oczywiście żądanie, by radni swoje działania prowadzili anonimowo jest nie tylko absurdalne ale i szkodliwe – na jakiej podstawie potem wyborcy mieliby racjonalnie oceniać przy urnie wyborczej ich działalność, gdyby nie mieli o niej informacji? Mamy więc oto sytuacji w której radni Samorządności nie chcą podjąć dodatkowego zobowiązania działania na rzecz mieszkańców i nawet przy okazji się „wypromować” – byle tylko przy okazji nie „wypromowali” się radni opozycji. Jak widać mamy do czynienia z dwoma elementami: 1. Niechęcią do zobowiązania do działań na rzecz mieszkańców np. głosowań wobec poprawek do budżetu (bo może to potencjalnie grozić kolizją z dyscypliną głosowania wprowadzoną przez lokalną partię Samorządność – i lojalność wobec dyspozycji owej partii najwyraźniej wzmiankowani radni stawiają wyżej); oraz 2. Brak chęci do indywidualnego „wypromowania” (bo sukces wyborczy w mniejszym stopniu zależy od indywidualnej rozpoznawalności a w większym od poparcia dla ugrupowania, zwolnienia mandatu przez lidera „rozprowadzającego” listę itp.).

Pakt zadziałał po raz pierwszy przy okazji uchwalania budżetu na rok 2013. Przypomnijmy, iż jego istotą jest pilnowanie aby dla określonej liczby inwestycji budżet przewidywał środki na ich dalsze zaawansowanie. Gdyby tak nie było radni-sygnatariusze zobowiązali się do zgłoszenia poprawek do budżetu i ich poparcia. W przypadku tegorocznego budżetu taka okoliczność nie zaszła. Artykuł na ten temat zmieściła „Gazeta Wyborcza Trójmiasto” a w nim kolejną wypowiedź mojego znamienitego kolegi ZZT:

Do skuteczności paktu sceptycznie odnosi się Samorządność. – W pakcie są planowane inwestycje, które już mają wysoki stopień zaawansowania. Np. wpisano w nim walkę o budowę ul. Żwirowej, a jakiś czas później rozstrzygnięto przetarg na jej wykonanie. To tylko gest medialny typu: będziemy walczyli o realizację inwestycji, które i tak za chwilę zostaną wykonane. Dla nas to nieporozumienie – uważa Zygmunt Żmuda-Trzebiatowski, radny Samorządności.

To zasadniczo powtórzenie poprzednich zarzutów więc nie będę już rozbierał na czynniki pierwsze. Zauważę tylko że pakt w swej istocie zawiera komponent monitoringu, i jeżeli budżet spełnia założone parametry nie ma mowy o żadnej „walce”. A inwestycje były wskazane przez samych mieszkańców w drodze konsultacji społecznych. W imieniu mieszkańców niniejszym przepraszam że złośliwie wskazali (pośród 11 innych priorytetów) ulicę Żwirową, która szczęśliwie wkrótce będzie wybudowana. Mam nadzieję że mieszkańcy się poprawią i w kolejnej edycji konsultacji wskażą tylko takie inwestycje, których urząd nie zamierza wykonywać…

Zostawmy już pakt i przejdźmy do drugiej z inicjatyw – Gdyńskiej Ofensywy Obywatelskiej. W największym skrócie jest pakiet rozwiązań, które mają zwiększyć wpływ obywateli na władze samorządowe. Z inicjatywą wyszedł gdyński PiS, proponując do dyskusji pięć głównych obszarów: 1. Budżet obywatelski, 2. Konsultacje społeczne, 3. Odblokowanie obywatelskiej inicjatywy uchwałodawczej, 4. Zwiększenie transparentności i społecznej kontroli działań rady miasta, 5. Zwiększenie roli rad dzielnic. Oto jak na inicjatywę zwiększenia obywatelskiej samorządności zareagowała Samorządność: 

To nie jest Gdyńska Ofensywa Obywatelska, ale Ofensywa Prawa i Sprawiedliwości – uważa Zygmunt Zmuda- Trzebiatowski, gdyński radny Samorządności. – Odbieram to jako fragment ciekawej dyskusji, jak można zaktywizować mieszkańców Gdyni, ale te propozycje wydają się być nietrafione, a jedynie ładnie opakowane. Jedyną nową propozycją jest budżet obywatelski, ale trzeba zauważyć, że ten sopocki funkcjonuje dlatego, że nie ma tam rad dzielnic. (za „Dziennikiem Bałtyckim”)

To nie jest Gdyńska Ofensywa Obywatelska, ale Ofensywa Prawa i Sprawiedliwości MH – niby jak zwał, tak zwał, ale zawsze warto odwołać się do silnego w Polsce resentymentu wobec partii w ogóle i PiS w szczególności. Jest w Polsce duży segment elektoratu, który PiS nienawidzi. Ci ludzie właśnie przestali czytać dalej, już wiedzą że są przeciw GOO.

Odbieram to jako fragment ciekawej dyskusji, jak można zaktywizować mieszkańców Gdyni, ale te propozycje wydają się być nietrafione, a jedynie ładnie opakowane. MH – lekka pochwała zawsze uwiarygodnia zasadniczą krytykę, jak na razie bez argumentów. Jako autor opakowania przy okazji dziękuję za dobre słowo pod jego adresem.

Jedyną nową propozycją jest budżet obywatelski MH – pojęcie „nowości” względne. Oczywiście część postulatów była już wcześniej zgłaszana, nie wiem tylko dlaczego miałaby to być wada.

Ale trzeba zauważyć, że ten sopocki funkcjonuje dlatego, że nie ma tam rad dzielnic MH – innymi słowy: są tacy co myją tylko nogi a nie myją rąk, więc skoro my już umyliśmy ręce to nóg myć nie powinniśmy. Dlaczego nie umyć i rąk i nóg, dlaczego nie mieć i rad dzielnic i budżetu obywatelskiego – argumentu brak.

W sprawie ofensywy wypowiedział się też przewodniczący rady miasta Stanisław Szwabski:

– Widać wyraźny trend do wzrostu czynników partycypacyjnych w demokracji lokalnej, również i w Gdyni. Można powiedzieć z całą pewnością, że na pewno on będzie narastał – zapewnia Stanisław Szwabski, przewodniczący gdyńskiej rady miasta. – My w Gdyni, uznając tę tendencję, postanowiliśmy wzmacniać rolę i pozycję rad dzielnic. Rośnie ilość środków, które otrzymują one do dyspozycji, a przede wszystkim przekazujemy w ich ręce znaczną część zadań inwestycyjnych w dzielnicach Gdyni. W bieżącej kadencji rady dzielnic dysponują na ten cel kwotą bliską 20 mln zł. To jest prawdziwa decentralizacja. Trudno mi się odnosić szczegółowo do wszystkich propozycji radnych PiS-u, musiałbym się z nimi zapoznać. Mogę tylko powiedzieć, że poziom akceptacji mieszkańców dla poczynań władz Gdyni jest dużo większy niż w wielu innych miastach. Dlatego radni PiS-u, jeśli chcą wdrażać swoje pomysły, powinni najpierw wygrać wybory. Bo wychodzenie z takimi propozycjami przez ugrupowanie, które uzyskuje znikome poparcie, nie wygląda do końca poważnie. 

Wątek o radach dzielnic mocno komiczny bo dodanie im jednej funkcji – wskazywania priorytetów inwestycyjnych – jako alternatywy dla pakietu propozycji zawartych w ofensywie może wzbudzić tylko śmiech. Ciekawą manipulacją jest podawanie wysokości tych środków na kadencję. Suma 20 milionów wydaje się zbliżona do proponowanej w GOO sumy ok. 30 milionów na ten cel. Tyle, że pierwsza dotyczy kadencji na druga roku budżetowego. Należałoby więc albo porównywać liczby dotyczące jednego roku – ok. 5 milionów do ok. 30 milionów, albo kadencji – 20 milionów do ok. 120 milionów. Dysproporcję widać, nie wspominając, że to tylko jeden z kilkunastu punktów ofensywy.

Trudno mi się odnosić szczegółowo do wszystkich propozycji radnych PiS-u, musiałbym się z nimi zapoznać. Mogę tylko powiedzieć… MH – czyli nie znam się, ale się wypowiem. A propozycje są dostępne w domenie publicznej, pojawiały się w mediach, są stale zawieszone w Internecie. Pan przewodniczący nabycie wiedzy w temacie dotyczącym gdyńskiego samorządu, na który zamierza się wypowiedzieć, uważa najwyraźniej za zbędne zawracanie głowy …

… poziom akceptacji mieszkańców dla poczynań władz Gdyni jest dużo większy niż w wielu innych miastach. Dlatego radni PiS-u, jeśli chcą wdrażać swoje pomysły, powinni najpierw wygrać wybory. Bo wychodzenie z takimi propozycjami przez ugrupowanie, które uzyskuje znikome poparcie, nie wygląda do końca poważnie. MH – i tu przewodniczącemu dziękuję, bo zdecydował się zaprezentować czysty przykład mentalności gdyńskiej władzy, którą nazwać można demokracją, samorządnością czy obywatelskością jednego dnia. W dniu wyborów obywatele mają głos, a jak już wybrali to niech przez pozostałe 1456 dni kadencji siedzą cicho i słuchają władzy. Skoro władza wygrała wybory, a już szczególnie jak wygrała wysoko, to ma prawo robić co chce. Niech nikt nie próbuje nawet mówić, że coś można by zrobić inaczej. Dodatkowo, jak uzyskałeś gorszy wynik wyborczy, to masz moralny obowiązek siedzieć cicho. I do zwycięstwa wyborczego powinieneś trzymać swój program i postulaty w tajemnicy – inaczej będziesz niepoważny.

Szczególnie rozczula wątek o „znikomym” poparciu pomysłodawców GOO. Niżej podpisany w ostatnich wyborach uzyskał dokładnie 2197 głosów, podczas gdy przewodniczący Szwabski 1174 (dodatkowo – był to wynik nie dający mandatu radnego, swój mandat przewodniczący uzyskał dzięki fikcyjnej kandydaturze wiceprezydenta, który nie objął zdobytego mandatu radnego). Jeżeli więc moje poparcie jest „znikome” to jak nazwać poparcie dla Pana przewodniczącego? Obawiam się, że brakuje skali…

Ostatnia reakcja obozu władzy dotyczy kwestii, w której niestety moja formacja cokolwiek się podłożyła. Zgłoszony w ramach konsultacji GOO pomysł, by organizacje pozarządowe korzystające z miejskiego lokalu wpisywały do dziennika temat spotkania, to oczywiście drobiazg. Wydaje się dość logiczne, że jak korzystam z pomieszczenia, które do mnie nie należy, to krótko zapisuję kiedy to było i czego dotyczyło spotkanie. Takie zeszyty leżą np. w biurach rad dzielnic i wpisują się do nich dyżurujący tam radni miasta, radni dzielnic, przedstawiciele policji czy straży miejskiej. Niestety tak drobna propozycja, zgłoszona na razie jako pomysł do rozważenia, została niepotrzebnie przez nas zaakcentowana. Dodatkowo artykuł w „Dzienniku Bałtyckim” podał ją w sosie: „PiS chce kontrolować organizacje pozarządowe, bo piją herbatkę, jedzą ciastka i nic nie robią”. No więc podłożyliśmy się pod względem przekazu i oto jak wykorzystała to Samorządność:

– Przeraża mnie to, co radni opozycji rozumieją pod hasłem Gdyńskiej Ofensywy Obywatelskiej – przyznaje Michał Guć, wiceprezydent Gdyni. – Chodzi nie o wspieranie, a o kontrolowanie inicjatyw społecznych. Gdynia, która uważana jest za lidera w sferze współpracy z organizacjami pozarządowymi, ma zdaniem radnych PiS cofnąć się do lat 50. Pomysł inwigilacji członków organizacji pozarządowych w celu sprawdzania czym się zajmują jest kuriozalny. Radni opozycji mogą się nie utożsamiać z otwartą polityką władz miasta w stosunku do organizacji pozarządowych, ale zgłaszając takie idee jako radni kompromitują samorząd. Organizacje wykonują ważną pracę na rzecz społeczności i jedyny kierunek zmian, który wchodzi w grę, to zacieśnianie współpracy i zwiększanie ich roli. (za „Dziennikiem Bałtyckim”).

Uff, normalnie ratuj się kto może. Kiedy już się uspokoimy, poddajmy powyższą wypowiedź analizie. Po pierwsze należy się pochylić nad kiepską kondycją psychiczną wiceprezydenta Gucia, którego przeraża tak trywialna sprawa, jak prowadzenie dziennika pomieszczenia. Obawiać by się można, że bardziej stresujące wydarzenia jak np. kontrola NIK, wybory czy dyskusja publiczna mogą stanowić zagrożenie dla zdrowia i życia. Wolałbym by władze mojego miasta były mniej bojaźliwe i bardziej stabilne emocjonalnie.

Gdynia […] ma zdaniem radnych PiS cofnąć się do lat 50. MH – oczywiście, jak wiadomo w latach 50-tych UB torturowało ludzi każąc im wpisywać się do dzienników obrad, „Łupaszka”, „Ogień” czy „Rój” stawiali zbrojny opór tymże dziennikom, a jak powiedział Gomułka „Dzienników raz zdobytych nie oddamy nigdy”. Przepraszam, że do żartów wykorzystuje sprawy poważne, wręcz tragiczne – ale to Pan wiceprezydent Guć zaczął.

[…]pomysł inwigilacji […] kuriozalny […] kompromitują samorząd […] MH – halo, halo, tu ziemia , tu ziemia. Wielkie słowa i emocje w odniesieniu do, przypominam, zeszytu, gdzie by się wpisywało na przykład: „piątek, 13 stycznia, godz. 16-18, Stowarzyszenie Miłośników Samorządności, temat spotkania: ćwiczenie technik manipulacyjnych”. Jak to jest inwigilacja, kompromitacja, kuriozum i lata 50-te to każdy pracownik odbierający i zdający klucze do dali konferencyjnej, każdy radny wpisujący temat dyżuru w biurze rady dzielnicy – w skali Gdyni pewnie tysiące osób –codziennie się kompromitują, są inwigilowane i żyją w latach 50-ty.

Co radni opozycji rozumieją pod hasłem Gdyńskiej Ofensywy Obywatelskiej – o tu leży pies pogrzebany. Bo wiceprezydent przecież dobrze wie co działo się latach 50-tych, czym różni się inwigilacja od dziennika obrad i dlaczego wpis do dziennika nie jest kompromitacją. Histerię nakręca się wokół drobiazgu, by przedstawić ten drobiazg jako główny element GOO.

Ofensywa jest dla Samorządności bardzo niewygodna, gdyż obnaża mechanizm oligarchicznej lokalnej partii władzy. Partii, która raz zdobytej władzy strzeże zazdrośnie i nie chce się nią dzielić z obywatelami. Dokładnie wbrew nazwie. Trudno merytorycznie argumentować że jest się za samorządnością i obywatelskością a zarazem jest się przeciw obywatelskiej inicjatywie uchwałodawczej czy budżetowi obywatelskiemu. Tu sprzeczność logiczna bije w oczy. Chodzi więc o to, by w ogóle nie wejść na poziom dyskusji merytorycznej. By zbudować emocjonalne skojarzenie Gdyńska Ofensywa Obywatelska = PiS i „odgrzewane kotlety” (to wersja light ZZT, mającego jak widać zahamowania) lub Gdyńska Ofensywa Obywatelska = inwigilacja, kompromitacja i stalinizm (wersja hard Michała Gucia, najwyraźniej pozbawionego zahamowań).

Ja nawet nie potępiam, ja tylko opisuje. Na co dzień nie zawsze mamy czas by dzielić włos na czworo i analizować każdą wypowiedź. Czasem jednak warto, by zajrzeć do mechanizmu który mam nam ustawić obraz rzeczywistości.