(Felieton dla „Gazety Świętojańskiej)

Proces wypracowania rozwiązania dotyczącego opłaty śmieciowej, zakończony podjętą na ostatniej sesji uchwałą, to ciekawy przypadek śmieciowego traktowania społeczeństwa obywatelskiego i debaty publicznej w naszym mieście.

Ogólne debaty i rozmowy o sposobie rozstrzygnięcia dylematów związanych z nowym systemem gospodarowania odpadami trwały właściwie od roku. Natomiast konkretne wybrane rozwiązanie zostało poddane „konsultacjom” na kilka dni przed sesją. Projekty te nawet nie zdążyły do zwykłego porządku obrad i musiały się znaleźć w aneksie.

Rolę „społeczeństwa” odegrać mieli głównie przedstawiciele rad dzielnic zaproszeni w liczbie po trzech na dzielnicę, na spotkanie odbywające się na dwa dni przed sesją. Nie muszę dodawać, że część z nich nie dała rady się stawić, reszta zgłaszała różne opinie, z których oczywiście żadnej nie uwzględniono.

Z kolej inni przedstawiciele społeczeństwa – radni miasta – mieli możliwość pracować na komisjach nad tymi projektami na dwa dni (Komisja Gospodarki Komunalnej i Ochrony Środowiska), dzień (Komisja Strategii i Polityki Gospodarczej, Komisja Gospodarki Mieszkaniowej) albo i godzinę (Komisja Samorządności Lokalnej i Bezpieczeństwa) przed sesją. Na tejże ostatniej komisji nową urzędową wersję deklaracji śmieciowej dostałem, z zegarkiem w ręku, na 42 minuty przed rozpoczęciem sesji. I tak miałem lepiej, bo większość radnych mogła się z nią zapoznać dopiero po rozpoczęciu obrad.

Taka konsultacja to pozoracja, „odfajkowanie” pozycji „konsultacje” przy urzędowym gotowcu, który i tak ma zostać przyjęty bez mian.

Wspomnieć przy okazji warto, że już latem zeszłego roku proponowaliśmy wspólnie z kolegą radnym Jaromirem Falandyszem z Gdańska przeprowadzenie w naszych miastach referendów lokalnych w sprawie sposobu naliczania opłaty za gospodarowanie odpadami. Propozycja została oczywiście solidarnie zignorowana przez rządzących zarówno w Gdyni, jak i w Gdańsku. Jeszcze tego brakowało, żeby im jakieś przypadkowe społeczeństwo decydowało!

Nie pierwszy to pewnie i nie ostatni przypadek w naszym mieście, kiedy werbalne deklaracje o rozwijaniu społeczeństwa obywatelskiego  nie znajdują pokrycia w rzeczywistości. Wręcz przeciwnie – wszędzie tam gdzie można rzeczywiście oddać lub przynajmniej przybliżyć ludziom jakiś realny kawałek władzy – wszystko idzie jak po grudzie. Tak jest ze wzmacnianiem rad dzielnic, z obywatelską inicjatywą uchwałodawczą, z (nieistniejącym) budżetem obywatelskim i tak dalej.

Jako przykład rozwoju społeczeństwa obywatelskiego w Gdyni podawane są za to wzrastające co roku środki przekazywane organizacjom pozarządowym. W jednym z artykułów znalazła się nawet opinia rzecznik urzędu p. Joanny Grajter, iż taka sytuacja oznacza że gdyński budżet jest budżetem obywatelskim. No bo skoro realizują go w znacznej mierze obywatele zrzeszeni w organizacjach…

Pomijam już tutaj zjawiska takie, jak pewien scenariusz do którego dotarłem: szyta na miarę pod konkretny konkurs fundacja zostaje zarejestrowana w sądzie na cztery miesiące przed oficjalnym ogłoszeniem konkursu, jest w nim jedynym oferentem i oczywiście go wygrywa. Po czym nie realizuje zawartej umowy, za co zostaje nagrodzona przekazanymi już bez konkursu dodatkowymi środkami.

To oczywiście patologia, będąca – miejmy nadzieję – marginesem. Niestety jednak dla większości organizacji grant od miasta jest głównym, często jedynym źródłem utrzymania. Czy taka organizacja włączy się w debatę publiczną, będzie aktywizować lokalna społeczność w kierunku wpływania i zmienienia polityki samorządu? Czy będzie w stanie chociażby półgębkiem powiedzieć publicznie że np. coś jej się w mieście nie podoba, że coś należałoby zmienić? Pozostawię to jako pytanie retoryczne.

Zamiast trzeciego sektora w jego klasycznym znaczeniu, zamiast ośrodka krystalizacji społecznych oczekiwań, budowania zasobów wspierających niezależne głosy w lokalnej debacie publicznej – mamy raczej grupę swoistych przedsiębiorców społecznych wyspecjalizowanych w pozyskiwaniu urzędowych zleceń. Od firmy konkurujących w przetargach np. na budowę dróg różniących się jedynie formą prawną. Nie oczekujemy przecież że jakieś MTM, Skanska czy Budimex zabiorą głos w sprawie podatków lokalnych, zagospodarowania przestrzennego czy komunikacji publicznej – nie ma co się dziwić że i w ten sposób „rozwinięte” organizacje pozarządowe tego nie czynią.

Żeby nie było, że tylko narzekam – właśnie tym problemem ma się zająć Gdyńska Ofensywa Obywatelska (która jest w istocie jednym wielkim przekazaniem władzy z urzędu do obywateli). Dopiero się rozkręcamy, ale paniczna obrona urzędu – sprowadzenie ofensywy do marginalnej, przypadkowej, wypowiedzi o prowadzeniu dziennika spotkań w Gdyńskim Centrum Organizacji Pozarządowych, a następnie nazwanie prowadzenia dziennika inwigilacją i metodami z lat 50-tych – pokazuje, że trafiamy w sedno. Przez najbliższy rok werbalne deklaracje rządzących Gdynią o wsparciu samorządności i społeczeństwa obywatelskiego spotkają się wielokrotnie z głośnym, publicznym, „sprawdzam”.