Felieton w ramach dwugłosu w „Gazecie Świętojańskiej”:

Politologia wyróżnia obok klasycznej władzy decydenckiej również władzę do nadawania agendy. W demokracji długofalowo władza do nadawania agendy nie jest czymś, co można by lekceważyć. Ośrodek mający władzę nadawania agendy może wprowadzać do debaty publicznej kwestie niewygodne dla ośrodka z władzą decydencką. W skrajnym przypadku ciągłe egzekwowanie władzy decydenckiej przy narzuconej przez konkurenta agendzie (czyli na przykład odrzucanie projektów popularnych społecznie) może doprowadzić do utraty władzy decydenckiej (najprościej przez przegranie wyborów). Dlatego moje zdziwienie, a nawet pewien szacunek, wzbudziło to, iż nasz gdyński obóz władzy (zazwyczaj bardzo pazerny na każdy okruszek owej władzy) zdecydował się dobrowolnie oddać kawałeczek władzy do nadawania agendy – wprowadzając instytucję obywatelskiej inicjatywy uchwałodawczej.

Tym samym stawiał się w sytuacji, w której swojej nienaruszonej władzy decydenckiej będzie musiał czasem używać w sprawach, w których jest to społecznie niepopularne, niewygodne i prowadzi do zużywania się wizerunku. Wiele koszałków opałków opowiadanych lokalnym mediom (niestety zazwyczaj bezkrytycznym) mogło zostać łatwo sprowadzone na ziemię konkretnym projektem, który zostanie odrzucony. Trudno jednocześnie odrzucać projekty np. dążące do zwiększenie drobnych inwestycji w dzielnicach i opowiadać lokalnej telewizji „myślę że nasze wysokie poparcie bierze się z tego że nie nastawiamy się na PR, tylko na takie drobne, niemedialne inwestycje w dzielnicach, które dostrzegają ludzie” (cytat z pamięci za bardzo prominentnym przedstawicielem Samorządności).

O święta naiwności. Obywatelska inicjatywa została wprowadzona bo był to temat medialny, taki był duch czasu. Bez niej Gdynia wyglądałaby ewidentnie gorzej od prowadzących taką inicjatywę sąsiadów. Ale żeby oddać przy tym władzę do nadawania agendy? O co to, to nie. Dlatego postanowiono najwyraźniej zrobić taki myk, żeby teoretycznie inicjatywa była – ale żeby w praktyce nie sposób było z niej skorzystać. Przynajmniej nie w sprawach dla władzy niewygodnych.

Streśćmy tu dotychczasowe losy obywatelskich projektów (tak się składa że z różnych przyczyn wszystkie z nich można by nazwać „opozycyjnymi”):

Pierwszy projekt, dotyczący wspierania przez miasto drobnej przedsiębiorczości został złożony przez środowisko stowarzyszenia Nasza Gdynia. W pierwszym podejściu został odrzucony – słusznie – bo część kart z podpisami miała tytuł sugerujący iż popierający mogli w swoim mniemaniu popierać coś innego niż przedstawiony projekt. W drugim podejściu przyczyną odrzucenia było nie spełnianie wymogu o „trwałym połączeniu” kart z podpisami z projektem – były spięte spinaczem a nie zszyte zszywaczem. Kiedy za trzecim razem zostały zszyte oficjalną argumentacją odrzucenia było… podejrzenie fałszerstwa. No bo raz, że jak wcześniej były spięte to może były dawane do podpisu z innym projektem a dwa że w sensie formalnym przy każdym złożeniu to jest nowy projekt a podpisy przecież ciągle te same więc są to podpisy z projektu numer jeden lub numer dwa zszyte z projektem numer trzy (najwyraźniej jakoś umknęła okoliczność że materialnie to jest jeden i ten sam projekt, tylko kolejny raz składany). Ciekawe również, że domniemane fałszerstwo było fałszerstwem, gdy chodziło o niedopuszczenie projektu pod obrady, ale już nim nie było w innych aspektach. Np. przewodniczący ani opiniujący radca prawny nie złożyli do prokuratury zawiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa, mimo że fałszerstwo dokumentów jest przestępstwem a na każdym obywatelu, a już szczególnie funkcjonariuszu publicznym, ciąży prawny obowiązek zgłaszania do organów ścigania posiadanych informacji o przestępstwach.

Drugi projekt o poprawie bezpieczeństwa ruchu drogowego w dzielnicach Chylonia, Cisowa i Pustki złożony został przez niezrzeszoną grupę mieszkańców tych dzielnic, którym w organizacji pomagał autor niniejszego felietonu. Projekt składany był z pozytywną opinią prawną, która jednak do biura rady miasta razem z nim nie dotarła. Podchodzę osobiście do takiego tłumaczenia z dobrą wiarą, gdyż przed samym złożeniem zorganizowany był briefing prasowy, który przyciągnął też uwagę przechodniów. Ludzie podpisywali projekt jeszcze na ulicy przed wejściem do urzędu, krążył on z rąk do rąk i znajdująca się na osobnej kartce opinia prawna mogła ulec zagubieniu. Taką okazję wykorzystał przewodniczący Szwabski kierując projekt do zaopiniowania przez urzędowego radcę – a po otrzymaniu opinii negatywnej zwrócił projekt wnioskodawcom.

Udało mi się dotrzeć metodami operacyjnymi do opinii urzędowego radcy (w piśmie do wnioskodawców przewodniczący tylko poinformował, że była negatywna). Tak się składa, że skończyłem prawo i jakąś elementarną wiedzę w tym zakresie mam. Lektura opinii wprowadziła mnie w stan, w którym nie wiadomo czy śmiać się czy płakać – opinia nie odnosiła się w ogóle do treści projektu tylko do domniemanych niecnych intencji autorów. Żeby jednak nie poprzestawać na swojej wątłej wiedzy prawniczej zamówiłem szczegółową ekspertyzę u praktykującego radcy prawnego. Na kilku stronach punkt po punkcie rozważył on kolejne zapisy projektu wraz z ewentualnymi zarzutami, konkludując, że projekt jest zgodny z prawem. A przy okazji co najmniej w poważną wątpliwość poddał uprawnienie przewodniczącego do jednoosobowego faktycznego odrzucania legalnie złożonych projektów na podstawie opinii prawnej o rzekomej niezgodności z prawem. Otóż projekt jako taki w ogóle nie może być zgodny lub niezgodny z prawem bo sam nie ma mocy prawnej. Nabierze jej dopiero po uchwaleniu przez radę miasta – a na etapie składania projektu nie sposób przesądzić czy w ogóle i w jakim konkretnie brzmieniu projekt zostanie przez radę uchwalony. Przewodniczący powinien sprawdzić zgodność formalną projektu (czy zgłoszony jest przez uprawnioną do tego grupę, czy ma tytuł, przywołanie podstawy prawnej, uzasadnienie itp.) a ewentualną negatywną opinię co do jego treści merytorycznej może załączyć jako istotną informację dla radnych decydujących o przyjęciu lub nie uchwały w określonym kształcie.

Taką ekspertyzę otrzymał przewodniczący rady miasta wraz z ponownym złożeniem projektu z podpisami i… słuch po projekcie zaginął. Za jakiś czas projekt został skierowany przez przewodniczącego do Komisji Gospodarki Komunalnej i Ochrony Środowiska w trybie… nieistniejącym. Nie było to przesłanie do opiniowania projektu kierowanego pod obrady tylko wysłanie projektu na zasadzie nie-wiadomo-po-co. Komisja – i słusznie – zbaraniała i nie wiedząc co właściwie miałaby robić takim projektem-nie-projektem i oddała go przewodniczącemu. Który projekt schował sobie do najwyraźniej do szuflady i spokojnie zajął się ukatrupianiem następnego.
Następny zaś projekt złożyła grupa mieszkańców krytycznych wobec działalności EkoDoliny. Wnioskodawcy nauczyli się na błędach poprzedników. Projekt zawierał opinię prawną na wszelki wypadek naniesioną na pierwszą stronę treści uchwały (więc nie mogła się zgubić) a listy z podpisami zostały trwale złączone. Ale co to za problem dla przewodniczącego! Zgodnie z przewidzianym prawem trybem postępowania z obywatelskimi projektami skierował go do zaopiniowania przez prezydenta, a po otrzymaniu opinii negatywnej. No, kto zgadnie? Tu nastąpiło twórcze połączenie dwóch kierunków działania: w sensie formalnego procedowania projekt został ukatrupiony przy jednoczesnym przesłaniu do komisji gospodarki komunalnej na zasadzie nieformalnego nie-wiadomo-po-co.

W tym kontekście niedawno wprowadzona do statutu i regulaminu nowelizacja przepisów o obywatelskiej inicjatywie uchwałodawczej jest zmianą dość kosmetyczną. Nie wyklucza żadnego z dotąd zastosowanych metod pacyfikacji obywatelskich inicjatyw. Powoduje jedynie, że na część z owych metod pacyfikacyjny – tych z wykorzystaniem opinii prawnej – wnioskodawcy nadzieją się już po zebraniu 50 podpisów, nie będą więc się na marne trudzić zbieraniem całych 500.

Trochę więcej nadziei daje inicjatywa grupy radnych PiS i PO (niestety mimo zaproszeń, nie przystąpił do niej na razie żaden z radnych Samorządności), którzy zapowiedzieli, iż zablokowane przez przewodniczącego inicjatywy obywatelskie będą zgłaszali ponownie jako projekty grupy radnych. Choć, niestety, jest już w tej kadencji jeden casus utopienia przez przewodniczącego w trybie nie-wiadomo-jakim projektu grupy radnych. Widać, że determinacja aby nie wypuścić z rąk choćby okruszka władzy do nadawania agendy jest bezwzględna.
„Władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy” – powiedział swego czasu Władysław Gomółka. Kto by przypuszczał, że w rzekomo samorządnej i obywatelskiej Gdyni znajdzie tak gorliwego naśladowcę.