(Felieton w ramach dwugłosu w „Gazecie Świętojańskiej”)

Na ostatniej sesji nie zdarzyło się nic, co pobudziłoby mnie publicystycznie – a czytelnikom należy się jak co miesiąc coś do poczytania. Pozwolę więc sobie na przemyślenia natury ogólnej odnośnie gdyńskiego systemu politycznego. W Gdyni mamy do czynienia z sytuacją, w której na poziomie lokalnym ideowe podziały zostały zamazane – gdyż rządzi gdyńska partia władzy nie wybiegająca swoimi ambicjami poza sferę lokalną. Zwolennicy owej partii zwykli rozpływać się w zachwytach nad taką formułą, twierdząc iż dzięki temu „nie są przenoszone podziały z Warszawy” oraz „można wspólnie pracować zamiast się kłócić”. Zręcznie przy tym omijają wady takiego systemu politycznego. Postaram się je tutaj omówić.

Formacja polityczna, czy to ogólnopolska czy to lokalna, potrzebuje narracji, potrzebuje uzasadnienia dla swojego istnienia. W przypadku lokalnych struktur partii ogólnopolskich sprawa jest prosta – każdy zainteresowany jest w stanie z grubsza zrekonstruować narrację konstytuującą rację bytu PO, PiS czy SLD. Innymi słowy: można łatwo odpowiedzieć na pytanie: dlaczego miałabym na jedną z tych partii głosować lub nie głosować. Łatwo to przenieść również na poziom wyborów samorządowych – jako konsekwentne wspieranie i budowanie siły formacji, którą uważam za dobrze służącą Polsce, mi samemu (czy jakie by jeszcze inne kryterium przyjąć). Lub wcielanie w życie również na poziomie samorządowym zasady i wartości, które są mi bliskie.

Sytuacja się komplikuje w przypadku lokalnej partii władzy, jaką jest Samorządność. Tu takiej „wielkiej” narracji, wymagającej tylko lekkiego rozbudowania o akcenty lokalne, nie ma. Narrację trzeba budować od zera. Można by to robić poprzez ulokalnienie ogólnie rozpoznawalnych afiliacji ideowych. Tzn. mogła by być Samorządność lokalnym ugrupowaniem prawicowym, liberalnym lub lewicowym. Takie jasne określenie pozbawiłoby ją jednak unikalnej pozycji „złodzieja elektoratu”. Polega ona na tym, że wyborcy partii, którzy nigdy nie rozważyliby nawet głosowania na inną partię (postrzegając takie zachowanie jako swego rodzaju zdradę własnych przekonań), głosowania na Samorządność jako takiej zdrady nie postrzegają. Co istotne – tak myślą wyborcy wszystkich partii. O ile więc każdy z lokalnych oddziałów partyjnych walczy o mobilizację własnego elektoratu – i szczytem sukcesu jest jego pełne zmobilizowanie, tzn. osiągnięcie poziomu sympatii dla formacji wypracowanego przez ogólnopolskich przywódców. O tyle Samorządność nie ma takiego szklanego sufitu i może spokojnie podbierać głosy wszystkim partiom. Jasne określenie się jako lokalnej w formie, ale prawicowej, liberalnej lub lewicowej w treści spowodowałoby że Samorządność mogłaby „łowić” głosy tylko konkurując o dany segment z zagospodarowującą go partią – natomiast dla wyborców pozostałych partii głosowanie na S byłoby już zdradą przekonań.

Nieopatrzna uwaga prezydenta Szczurka, iż wyznaje poglądy socjal-liberalne, to kwestia zamierzchłej przeszłości. Od tej pory Samorządność uważnie pilnuje by nie dać się przypisać do żadnej opcji ideowej – czy może bardziej precyzyjnie aby każda z takich opcji miała Samorządność za swoją. W takiej polityce „dla każdego coś miłego” – w symbolicznym skrócie – mieści się i nieomalże koncelebrowanie miejskich uroczystości religijnych i akceptacja dla uhonorowania Nagrodą Literacką Gdyni wybitnego dzieła prozy gejowskiej. Ponieważ salonowy liberał nie chodzi do kościoła, a moherowy beret nie pójdzie na dyskusje literackie prowadzone przez Jacka Żakowskiego czy Kazimierę Szczukę – każdy myśli, że w ogólnym ideowym zarysie prezydent Szczurek i Samorządność jest „jego”.

Skoro nawet taka ogólna, nie-partyjna ale konkretna ideowo afiliacja odpada, cóż pozostaje jako materiał do narracji Samorządności? Dwa elementy: technokratyczna sprawność oraz antypartyjny populizm. Omówmy je po kolei.

Technokratyczna sprawność jako paliwo ideowe na pierwszy rzut oka jawi się jako dość niewinna, ba – nawet pożądana. Do pewnego stopnia tak jest, niewątpliwie dobrze, kiedy władza stara się być dobrą i sprawną. Gorzej, gdy taka sprawność nie jest akcesoryjna wobec kwestii ideowych, ale staje się ideą samą w sobie. Wówczas jakiekolwiek podważenie owej sprawności godzi w samą istotę funkcjonowania układu politycznego. Powiedzieć, że gdyńska władza w czymś nie jest najlepsza, że może coś zostało rozwiązane źle, że popełniono błędy, to w istocie podważanie pryncypiów ustrojowych, coś jak kwestionowanie sojuszu z ZSRR za komuny.

Żadna władza nie przyzna, że jest władzą złą. Ale władza, która w nie upatruje rdzenia swojej legitymizacji w wyjątkowej technokratycznej sprawności, może przyznać, że w tej czy innej sprawie się pomyliła, popełniła błąd – i co za tym idzie wprowadzić korektę kursu. Władza dla której jednym uzasadnieniem własnej egzystencji jest absolutnie wyjątkowa sprawność, jest bycie władzą zupełnie wybitną – nie może sobie pozwolić na przyznanie się do błędu, a przynajmniej przychodzi to jej z ogromnym oporem.

Tymczasem nie ma obiektywnego sposobu oceny czy władza samorządowa jest dobra czy zła – a już na pewno czy jest tylko dobra, ale z błędami czy absolutnie wybitna. Wszelkie obiektywne wskaźniki dotyczące miasta (bezrobocie, rejestrowane firmy, saldo migracji itp.) zależą od szeregu czynników, z których wiele pozostaje zupełnie poza kontrolą władzy gminnej (warunki społeczno-geograficzne, krajowe uregulowania prawne, światowa koniunktura na tradycyjne dla regionu gałęzie przemysłu, polityka jednostek sąsiednich i jednostek wyższego rzędu itp.). W rezultacie nawet w wypadku dobrze rozwijającego się miasta nie sposób obiektywnie stwierdzić, czy dzieje się tak dzięki, czy – przykładowo- pomimo pracy organów samorządu miejskiego. A może rozwijamy się świetnie, m. in. dzięki owej pracy – ale mogłyby owe organy pracować i tak, że rozwijalibyśmy się jeszcze dwa razy szybciej.

Również niewiarygodne są rankingi, nagrody i wyróżnienia przyznawane są na podstawie uznaniowych benchmarków lub decyzji gron osób bezpośrednio zainteresowanych w takich a nie innych rozstrzygnięciach. W rezultacie gminy według jednych rankingów wybitne, według innych są co najwyżej średnie – a  mnogość różnych rankingów i opracowań powoduje że tak naprawdę najistotniejsza jest sprawność w nagłaśnianiu jednych a wyciszaniu innych.

W rezultacie poza przypadkami zupełnie skrajnej nieudolności czy też udowodnionych działań przestępczych ocena czy władza samorządowa jest sprawna w rządzeniu, czy nie, tak naprawdę zależy w istocie od niej samej, a konkretnie od jej sprawności nie w rządzeniu tylko w budowaniu narracji o sprawnym rządzeniu. Tym samym jeszcze istotniejsze staje się zduszenie w zarodku wszelkich informacji, które sielankowy obraz mogłyby zburzyć.

Idealnie pasuje do takiej układanki element uzupełniający w postaci antypartyjnego populizmu. Otóż tak się składa, że – pewnie zasłużenie – partie polityczne jako takie są instytucją o bardzo niskiej ocenie społecznej, a słowa „partia” i „polityka” odruchowo kojarzą się negatywnie. Stąd upór, z którym lokalna partia Samorządność nie chce przyznać, że jest partią – a jej politycy nie chcą przyznać, że są politykami. Choć i Samorządność pasuje do każdej definicji partii funkcjonującej w politologii i jej działania pasują do każdej popularnej definicji polityki od Arystotelesa po Carla Schmitta (oczywiście w zależności od przyjętej oceny pozytywnej czy negatywnej). To jest dość prymitywna gra w słówka, w istocie bazująca na prostych, podprogowych wręcz skojarzeniach (partia, polityka – źle, samorząd, samorządność – dobrze). Gra, niestety, skuteczna.

Dodatkowym wzmocnieniem takiej narracji jest relikt postkomunizmu w postaci powszechnego przeświadczenia, że to źle jak politycy „się kłócą” i że „powinni zgodnie pracować”. Oczywista bzdura, dodatkowo głęboko antydemokratyczna i antywolnościowa –w swej istocie prowadząca do społecznej delegitymizacji samego istnienia opozycji.

W kwartalniku „Rzeczy Wspólne” Bartłomiej Radziejewski dokonał ostatnio recepcji na grunt polski teorii francuskiego socjologa Pierre’a Bordieu o przemocy symbolicznej. Polega ona na tym, że „ grupy dominujące wytwarzają takie systemy znaczeń, w których rzeczywisty układ sił, będący podstawą ich dominacji, jest szczelnie ukryty pod pozorem sprawiedliwego ładu i dzięki temu powszechnie odbierany jako prawomocny.” oraz – czytamy dalej – „opinia publiczna jest skłonna uważać za prawomocne to, o czym mówi się, że takim jest. Zatem ani tradycja, ani charyzma, ani demokracja nie jest niezbędnym warunkiem wytworzenia poczucia naturalności ładu symbolicznego. Wystarczy kontrola nad językiem. A ściślej rzecz ujmując: zapewnienie korzystnemu dla siebie językowi dominującej pozycji. Jak ją osiągnąć? Za pomocą przemocy symbolicznej: wystarczy „wydziedziczyć” wszystkie alternatywne dyskursy. Czyli nadać im status antyjęzyków – dialektów plebejskich, niecywilizowanych. A każdego, kto ich używa, napiętnować jako „pastucha”.”

Wypisz-wymaluj sytuacja z naszego gdyńskiego grajdołka. Mamy jedną, jedyna opcję – Samorządność – w sposób „naturalny” i „sprawiedliwy” predestynowaną do sprawowania władzy w mieście. A jakakolwiek opozycja jest z góry zepchnięta na pozycję „pastuchów” – „upartyjnia”, „upolitycznia”, względnie, personalnie „leczy kompleksy i frustracje”. Chociażby u niżej podpisanego przez te lata aktywności w lokalnej polityce kompleksy i frustrację diagnozowano tyle razy, że nie sposób zliczyć.

Wystarczającym dowodem na „upartyjnianie” i „upolitycznianie” jest to, że krytyk należy do partii politycznej a krytykowany do Samorządności. Wystarczającym dowodem na kompleksy i frustracje jest sam fakt krytykowania Samorządności, a już samego prezydenta w szczególności. Opozycjonista to w Gdyni swoisty polityczny pod-człowiek. Przecież tylko wrodzonymi złymi intencjami albo wyjątkową głupotą (a najlepiej – i tym i tym jednocześnie) może się motywować ktoś, kto w czymkolwiek krytykuje tak wspaniałą władzę. Co i nie trudno szerokiej publiczności, tak prosto, po lepperowsku, uzasadnić – wszak to „partyjniak”. Proponuję mały eksperyment myślowy – proszę przeczytać materiały wyborcze Samorządności z ostatniej kampanii, zastępując słowa „partie” i „upartyjnianie” słowami „Żydzi” i „zażydzenie”. Piorunujący efekt!

Oparcie władzy o narrację o jej absolutnej, nadprzyrodzonej wręcz wyjątkowej sprawności i skuteczności, w połączeniu ze stosowaniem przemocy symbolicznej delegitymizującej w społecznym odbiorze istnienie opozycji – z definicji unieważnia jakiekolwiek głosy krytyczne. Powoduje że Samorządność sprawuje władzę w głębokim sensie absolutną, nie poddaną realnej kontroli zewnętrznej. Wewnętrzna struktura i układ sił w samej Samorządności – co opisywałem szerzej przy innych okazjach – powoduje że jest to władza wyłączona również spod efektywnej kontroli wewnętrznej.

W mojej opinii taka władza może być władzą dobrą, szczególnie w pewnym okresie, ale na pewno nie będzie władzą optymalną, nie będzie władzą tak dobrą jakby mogła być, gdyby była poddana mechanizmom korekcyjnym i kontrolnym. Czy na dłuższą metę dobrze funkcjonowałoby przedsiębiorstwo, w którym większość rady nadzorczej wykonywałaby wprost polecenia prezesa, ba – żywiła głębokie przekonanie że prezes jest geniuszem biznesu i zaszczytem jest móc w ogóle wykonywać jego polecenia? W której pracownik wskazujący, że na warsztacie marnuje się paliwo, a inaczej organizując taśmę można by bez szkody dla produkcji sprzedać jedną z maszyn – byłby w zakładowej gazetce piętnowany jako awanturnik który szkodzi zakładowi bo się kłóci zamiast wspólnie pracować? I leczy frustracje i kompleksy bo nie jest prezesem, podczas gdy prezes jest prezesem i nawet dostał nagrodę od Forbesa czy innego Bussiness Weekly?

Odpowiedź, jak to zwykłem czynić, zostawiam już czytelnikom.